Na początku lipca powrót Serba na szczyt wydawał się nieprawdopodobny. Djoković wciąż budował formę po operacji łokcia, którą przeszedł w lutym. Wcześniej ręka bolała go od miesięcy, ale obawiał się operacji i odwlekał ją w nieskończoność. W lipcu Djoković był zatem 21. tenisistą w rankingu ATP i tracił do prowadzącego Rafaela Nadala ponad 7 tys. punktów. To więcej niż dostaje się za wygranie trzech Szlemów.

Od lipca Djoković jest nieomal nie do pokonania. W cztery miesiące wygrał 31 meczów, przegrał dwa. Triumfował w Wimbledonie i US Open, a także w Cincinnati i Szanghaju. W Paryżu pewnie też nie znalazłby pogromcy, gdyby nie półfinałowy maraton z Rogerem Federerem. Djoković pokonał Szwajcara 7:6 (8-6), 5:7, 7:6 (7-3) po ponad trzech godzinach gry. Dopiero trzeci raz w 47 spotkaniach obu graczy mecz (bilans 25-22 dla Serba) rozstrzygnął się w tie-breaku decydującego seta. – Tenis wysokiej próby. W tym roku lepszy był chyba tylko mój półfinał Wimbledonu z Rafaelem Nadalem – mówił Djoković.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej