Gdyby materiały Football Leaks ujawniły tylko, że Manchester City i Paris Saint-Germain łamią reguły Finansowego Fair Play, to wyważałyby otwarte drzwi. Od początku wiadomo było, że nuworysze w futbolowej elicie finansowej próbują zignorować wymierzone w nich przepisy – UEFA zakazała sponsoringu z zewnątrz, z zysków innych niż wypracowane przez normalną działalność marketingową klubu, by bronić dotychczasowego porządku reprezentowanego przez „tradycyjne” potęgi, takie jak Real Madryt czy Bayern. Wiedzieliśmy też, że wymachiwanie sloganem „czystej gry” było hipokryzją, przysłaniało rzekomo idealistycznymi pobudkami brutalną wojnę interesów, w której UEFA zawiązała sojusz właśnie ze starą oligarchią – zagrożoną przez nową, obcą. Inwazja ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (Man City) i Kataru (PSG) oznaczała, że bez wprowadzenia nadzwyczajnych ograniczeń my, czyli Europa, napniemy łuki, a oni, czyli Zatoka Perska, odpalą rakiety międzykontynentalne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej