Sztanga jest sama sobie winna. Latami tolerowała koksiarzy, doprowadziła do tego, że doping stał się częścią rywalizacji. W 2012 r. na igrzyskach w Londynie zdarzały się kategorie wagowe, w których nakoksowanych było siedmiu z dziesięciu uczestników.

Ponowne badanie próbek z igrzysk w 2008 i 2012 r. wywróciło tabele medalowe i wyczerpało cierpliwość olimpijskich władz. IWF usłyszała, że, owszem, miejsca na igrzyskach w Tokio w 2020 r. ciężary są pewne, ale żeby zachować status dyscypliny olimpijskiej także w 2024 r. w Paryżu, muszą udowodnić, że walczą z dopingiem.

Wykluczenie z igrzysk, na których z przerwami jest od 1896 r., byłoby dla sztangi wyrokiem. Porzuciliby ją sponsorzy, państwa przestałyby fundować stypendia. Dlatego IWF zaczęła podejmować decyzje bez precedensu. Najpierw na rok zdyskwalifikowała największych, a zarazem najbardziej utytułowanych dopingowych przestępców: Rosję, Chiny, Armenię, Azerbejdżan, Białoruś, Kazachstan, Mołdawię, Ukrainę i Turcję (ta kara właśnie się skończyła). Wszystkie opuściły ubiegłoroczne MŚ w Anaheim.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej