Przed turniejem na 24-letnią Ukrainkę nie stawiał chyba nikt. Switolina bardzo dobrze zaczęła sezon, ale przez ostatnie pięć miesięcy uciułała raptem jeden półfinał. Do gromadzącego osiem najlepszych tenisistek sezonu WTA Finals zakwalifikowała się jako jedna z ostatnich, w zeszłą środę. W dodatku awansowała, bo goniące ją rywalki szybko odpadły z turnieju w Moskwie i nie odrobiły straty.

– Chcę dedykować to zwycięstwo wszystkim hejterom piszącym, że nie zasłużyłam, by tu być, że się nie nadaję – mówiła Switolina już po pierwszej wygranej w Singapurze. Na otwarcie pokonała Petrę Kvitovą, przerywając passę sześciu porażek z Czeszką. Potem nie dała się zatrzymać aż do końca turnieju. To niecodzienne wydarzenie, bo formuła rozgrywek sprawia, że jedna, a czasem nawet dwie wpadki w fazie grupowej nie przekreślają szansy na końcowy triumf. Ostatnią, która zwyciężyła w WTA Finals z kompletem wygranych, była Serena Williams w 2013 r.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej