Przynajmniej tyle czytamy z mowy ciała Paula Pogby, najdroższego gwiazdora najbardziej dochodowej drużyny świata, który ucieleśnia jej specyfikę – i francuski rozgrywający, i cały Manchester United odnoszą spektakularne sukcesy marketingowe, stale poszerzając wpływy w mediach społecznościowych, a równocześnie przepotężnie rozczarowują sportowo. Naprawdę przepotężnie. Miniony sezon w lidze angielskiej zmęczyli haniebne 19 punktów za sąsiadami z City, a w bieżącym grzęzną w połowie tabeli; wiosną w Lidze Mistrzów oberwali u siebie od Sevilli, a jesienią nie wkopali gola Valencii, by następnie skulić się pod naporem Juventusu; z Pucharu Ligi poprzednio pozwolili się wyrzucić drugoligowemu nie wiadomo komu z Bristol, a teraz przerosła ich konfrontacja z równie niezidentyfikowanym drugoligowym Derby County. Bilans poniżej wszelkiej krytyki.

I jeszcze ten okropny styl, na boisku i poza nim. Gdy Manchester United konsekwentnie poleruje wizerunek najbardziej klęskowego klubu w finansowej elicie futbolowej, wyspiarskie media relacjonują dzieje szorstkiej przyjaźni między Mourinho i Pogbą. Czyli między szefem, który sądzi, że przydzielono mu zbyt mało władzy (ignorują jego prośby o transfery), i podwładnym, który jako pracownik komercyjnie bezcenny otrzymał władzy zbyt wiele. Zamiast obsesyjnie skupiać się na sporcie, rozprasza uwagę na szpanowanie na Instagramie czy modelowanie nowych fryzur, ale władze klubu tolerują wszystko – bo czerpią z tego wymierne zyski. Hołubią wyzutego z ambicji chłopaka z plakatu, jak diagnozują tamtejsi publicyści.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej