Irańskiej drużyny nie mogły dopingować nawet żony, córki, matki czy siostry piłkarzy, którzy po remisie z katarskim Al-Saad (kapitanuje mu Xavi Hernandez, wybitny rozgrywający Barcelony) awansowali do finału azjatyckiej Ligi Mistrzów. Sensację wywołali tym większą, że zostali obłożeni zakazem transferowym i przystąpili do sezonu osłabieni.

Oficjalnie na trybunach zasiadło 80 tys. widzów – tyle wynosi pojemność obiektu po renowacji sprzed dwóch lat – jednak lokalne serwisy internetowe donoszą o 90 tys. lub wręcz ponad 100 tys. I kolejnych tysiącach stojących pod stadionem. To byłby tłum niespotykany nigdzie w Europie, zresztą Azadi uchodzi za najgorętszy futbolowy obiekt w całej Azji.

16 października miał tam miejsce, jak się wydawało, kulturowy przełom. Mecz reprezentacji kraju z Boliwią obejrzało ok. 100 fanek – krewnych piłkarzy i działaczy, pracowniczek federacji, zawodniczek żeńskiej kadry narodowej, dziennikarek – wbrew obowiązującemu od blisko 40 lat, ogłoszonemu przez islamską rewolucję zakazowi wpuszczania kobiet na imprezy sportowe z udziałem mężczyzn. Wydzielono dla nich specjalny sektor, który otoczył szczelny kordon ochroniarzy. Liberalna i sportowa prasa krzyczały o „odzyskanej wolności” i „kroku w przyszłość”, radość publicznie wyrażali także zawodnicy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej