Oznacza to, że nikt już nie spędzi na korcie więcej czasu niż John Isner i Nicolas Mahut w 2010 r. – a przynajmniej nie w Londynie. Mecz Amerykanina i Francuza z I rundy przeszedł do historii. Zaczął się 22 czerwca, a skończył dopiero dwa dni później. Tenisiści spędzili na korcie łącznie 11 godzin i pięć minut, poprawiając poprzedni rekord o ponad 4,5 godziny. Isner wygrał 6:4, 3:6, 6:7 (7-9), 7:6 (7-3), 70:68, a przy korcie, na którym grali, umieszczono tablicę pamiątkową.

– To nie jest rekord, który powinien zostać kiedykolwiek poprawiony – mówił w lipcu dyrektor All England Lawn Tennis Club (AELTC) Richard Lewis. Do tego wniosku w Londynie doszli po ośmiu latach i znów powodem był Isner. Tym razem wdał się w wyniszczającą wymianę piłek z Kevinem Andersonem z RPA. Krótszą – Anderson wygrał 7:6 (8-6), 6:7 (5-7), 6:7 (9-11), 6:4, 26:24 w 6 godzin i 36 minut – ale bardziej prestiżową, bo półfinałową. Novak Djoković i Rafael Nadal nie zdążyli skończyć meczu w piątek i kończyli go w sobotę, przez co finalistki turnieju kobiet nie wiedziały, o której wejdą na kort. Ucierpiał też finał, bo wymęczony Anderson przegrał z Serbem w trzech setach. Wimbledon zapowiedział pracę nad rozwiązaniem, a oficjalnie wprowadził je w ostatni piątek. Od przyszłego roku, jeśli w piątym secie zawodnicy dojdą do stanu 12:12, nie rozpoczną 25. gema, tylko rozegrają tie-breaka. Ta sama zasada będzie obowiązywała w deblu oraz w turniejach kobiet i mikstach (choć w tym przypadku w trzecim secie).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej