W 2019 roku sezon reprezentacyjny będzie niezwykle napięty. Zacznie się na przełomie maja i czerwca Ligą Narodów, która zachowa dotychczasową formułę pomimo próśb selekcjonerów o zmniejszenie liczby meczów z trzech do dwóch w każdy weekend.

– Przeładowanie sezonu sprawia, że zawodnicy wyglądają jak trupy, a wiele meczów właściwie nie ma znaczenia. Chcieliśmy też ograniczyć latanie między kontynentami, ponaprawiać mnóstwo małych i dużych spraw. Bez skutku – skarżył się w wywiadzie dla „Wyborczej” Vital Heynen, belgijski trener polskich mistrzów świata.

Oznacza to, że cztery najlepsze drużyny globu będą musiały w miesiąc rozegrać aż 19 spotkań. Tak było także w tym roku, ale w lipcu zawodnicy mogli odpocząć przez kilkanaście dni, ponieważ kolejna ważna impreza – mistrzostwa świata – wystartowała dopiero we wrześniu. W przyszłym sezonie tak dobrze już jednak nie będzie, bowiem w sierpniu zaplanowane są turnieje kwalifikacyjne do igrzysk olimpijskich w Tokio, a od 12 do 29 września rozgrywane będą mistrzostwa Europy. To jeszcze nie koniec, bo w planie jest rozgrywany co cztery lata Puchar Świata. Wynika z tego, że czołowe europejskie reprezentacje, które awansują do finałów LN i zagrają o medale ME, czeka nawet 49 spotkań. To absolutny rekord. Dawka niespotykana ani w innych dyscyplinach zespołowych, ani nawet – jak dotąd – w siatkówce, która od dawna ma mocno przeładowany kalendarz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej