Przybyli, zobaczyli, zwyciężyli. 17 października 1973 r. odnieśli piłkarze wygrywający remis z Anglią, a wzniosłości ich wyczynowi przydała niehonorowa postawa rywali, którzy wymyślali Polakom od zwierząt, bramkarza Jana Tomaszewskiego obwoływali pajacem i w ogóle zachowywali się haniebnie. Tak z grubsza głosi legenda, więc nie wypada pochylać się nad szczegółami, które zbyt często legendom szkodzą, nadmiernie komplikując przyjemnie uproszczony obrazek. Nie dość zatem, że nasi herosi dokopali się wówczas do sensacyjnego awansu na mundial, to jeszcze wzięli srogi odwet na wrogu, który nie potrafi toczyć honorowej walki. Na wrogu moralnie niższym. Czy można zatriumfować bardziej?

Przeżycie piekła Wembley totalnie Polaków odurzyło, naćpani świrowali przez prawie dekadę. Na mundialach tańcowali albo na podium, albo w pobliżu; na pierwszym z nich wirowali, z zasadniczo oszałamiającym skutkiem, z całym kwartetem globalnych potęg, czyli Włochami, Niemcami, Brazylią i Argentyną; nawet jedyne porażki na obu turniejach medalowych sprawiały perwersyjną rozkosz, wpisując się w martyrologiczną tradycję narodu ciemiężonego – mityczny mecz na wodzie we Frankfurcie w 1974 r. przegraliśmy głównie lub wyłącznie dlatego, że odbył się na wodzie, natomiast z Italią w 1982 r. przegraliśmy głównie lub wyłącznie dlatego, że ukradziono nam zdyskwalifikowanego za żółte kartki Bońka, o uczciwej rywalizacji nie było mowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej