Gdyby siatkówka działała jak inne gry zespołowe z programu igrzysk, kwalifikacje w ogóle by nas nie interesowały. Polacy jako złoci medaliści mundialu – i to podwójni, niedawno obronili tytuł – automatycznie otrzymaliby zaproszenie. Wszak obecność mistrzów świata podnosi prestiż turnieju, bez nich rywalizacja byłaby okaleczona.

Międzynarodowa Federacja Siatkówki (FIVB) woli jednak rozsiewać zamęt. Zmieniać regulaminy dla samego zmieniania; wynajdować rozwiązania urągające logice; umożliwiać krętactwa lepiej ustosunkowanym, zwłaszcza gospodarzom imprez. Dotąd do igrzysk wiodły eliminacje trzystopniowe – awans można było uzyskać przez morderczy Puchar Świata (12 drużyn, każdy grał z każdym), w którym rywalizowali najwyżej sklasyfikowani w stale aktualizowanym globalnym rankingu, a w razie niepowodzenia w turniejach kontynentalnym lub, na samym końcu, interkontynentalnym. Teraz pierwszą drogę całkiem zamknięto, więc przeładowany kalendarz zostanie jeszcze dociążony. Nawet najlepsi wśród tych, którzy jesienią 2019 r. polecą do Japonii na Puchar Świata, będą potem musieli bić się o igrzyska.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej