Polak i Brazylijczyk w Chinach grali wyśmienicie i czuli się na tyle swobodnie, że po niedzielnym finale kokietowali widzów, dziękując im w ich języku. Dostali gromką owację – podobnie jak za kankana, którym Kubot świętuje każde turniejowe zwycięstwo.

W tym roku tańczył od wielkiego dzwonu. Na początku sezonu w Sydney, potem tylko w Halle. Po wspaniałym pierwszym roku wspólnej gry – z dziesięcioma finałami i sześcioma trofeami – w tym szło im znacznie słabiej. Tracili mnóstwo punktów, nie broniąc tytułów w Miami, Madrycie i Wimbledonie. Na początku sierpnia wypadli z grona dziesięciu najlepszych debli świata, choć rok zaczynali jako liderzy z dużą przewagą nad rywalami.

– Za nami fantastyczny rok, ale tenis nauczył mnie, że nie ma nic gorszego niż wczorajszy sukces. Cały czas chcę się uczyć i stawiać kolejne kroki. Wciąż mamy co poprawiać i co wygrywać – mówił Kubot po poprzednim sezonie. Jednak tylko w dwóch z pierwszych 12 turniejów sezonu brazylijsko-polskiej parze udało się przebić do półfinałów. – Światowa czołówka w deblu jest niezwykle wyrównana, więc decydują niuanse, często pojedyncze piłki w końcówkach spotkań. To właśnie była broń Łukasza i Marcelo w zeszłym roku. Także w Wimbledonie, gdzie cztery z sześciu meczów wygrywali w pięciu setach. W tym roku zatracili to, wpadli w dołek psychiczny. Przekonywałem Łukasza, że zła passa się odwróci, przecież wciąż umieją grać – mówił Wojciech Fibak, którego Kubot uważa za jednego ze swoich mentorów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej