Do 91. minuty wydawało się, że ocaleją. Nie ocaleli. Zdołali tylko zademonstrować, że do europejskiej elity nie pasują.

Kto chce zachować szczątkowy optymizm, musi uwierzyć, że tej jesieni Polacy grają i eksperymentują dla wyższych celów. Czytaj: dla zaprojektowania eliminacji Euro 2020. Bo z meczu na mecz wyglądają marniej. Przed miesiącem w Bolonii (1:1) żałowaliśmy, że nie zdołali Italii pokonać – zasłużyli. Potem nastąpił kiepski sparing z Irlandią (1:1), co tłumaczyliśmy jego wybitnie ćwiczebnym charakterem. W czwartek odetchnęliśmy z ulgą, że przegrali z Portugalią minimalnie (2:3), a nie wielobramkowo. Aż wreszcie zderzyli się w rewanżu z Włochami. I powinni się cieszyć, że nie zostali znokautowani.

Pierwsza połowa wyglądała tak, że nasi piłkarze wyłącznie patrzyli. Już po kilkudziesięciu sekundach Jorginho obił poprzeczkę, a potem goście przejęli piłkę, nie zamierzali się z nią rozstawać, trzymali ją w dodatku w pobliżu naszego pola karnego. Jeśli ktoś czerpał przyjemność z gry, to tylko oni. Poruszali się żwawiej, wymieniali się pozycjami, wymyślali atak za atakiem. Brakowało jedynie precyzji w kopnięciu, którym puentowali akcje – do przerwy zdziałali tyle, że Lorenzo Insigne znów trafił w poprzeczkę, a pozostałe uderzenia bronił Wojciech Szczęsny. Bronił seryjnie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej