W kraju czterokrotnych mistrzów świata od lat rozpaczali, że piłka w ruinie, ale dopiero ostatnio rzeczywistość ostatecznie przyznała im rację – po odpadnięciu z mundiali 2010 i 2014 w fazie grupowej do edycji 2018 w ogóle nie awansowali. Reprezentację ogląda coraz mniej ludzi, tej jesieni transmisje meczów mają jeszcze niższą oglądalność niż za poprzedniego selekcjonera, chóralnie wyklinanego Gian Piero Ventury.

Pod przywództwem Roberto Manciniego drużyna nadal tkwi w chaosie, który szczególnie wyraźnie widać przy ustalaniu, kogo posłać na atak. Włosi znędznieli do tego stopnia, że miesiąc temu, gdy z trudem urwali Polsce punkt w Bolonii, nowy trener próbował szukać ocalenia w Mario Balotellim – wiecznie niesubordynowanym, dorosłym tylko metrykalnie urwisie, który po raz kolejny ogłosił, że wreszcie dojrzał. Podczas wakacji przybyło mu jednak kilogramów, i to masy tłuszczowej, nie mięśniowej. Balotelli zawiódł totalnie i teraz w ogóle nie otrzymał powołania. Ba, włoski selekcjoner zrezygnował również z Andrei Belottiego, który wbiegł wówczas z rezerwy. Całkiem usunął obu napastników, którzy mieli dźwigać ofensywę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej