Może zepsuł nas powszechny dostęp do wielkiej piłki, którą tworzą Portugalczycy, również Włosi, a której większość polskich piłkarzy tylko się przygląda? Przeciwnicy tej teorii, przywołają ćwierćfinał Euro 2016, w którym drużyna Adama Nawałki, mimo porażki po karnych, stanęła na wysokości Portugalii we wszystkich aspektach. Można nawet przywołać mecz sprzed dekady, gdy czwartą drużynę niemieckiego mundialu zmogły chłopaki Leo Beenhakkera. Nie zmieni to faktu, że sposób gry Portugalczyków to przy wysiłkach naszych piłkarzy czysta poezja.

Na nic gwarancji to nie daje, zespół Fernando Santosa wrócił z mundialu w Rosji na tarczy, jak Polacy. Dwa lata temu pobił Francuzów w finale ich mistrzostw Europy, by trzy miesiące temu bezradnie patrzeć jak drużyna Didiera Deshampsa osiąga swoje apogeum na mistrzostwach świat. Jeszcze ostrzejszą lekcję pokory dostali ostatnio Włosi, których w Rosji w ogóle nie było, a Ligę Narodów zaczęli od słabiutkiego meczu w Bolonii z Polakami (1:1). I gdy wydawało się nam, że selekcjonera Roberto Manciniego czeka nie wiadomo jak długa droga przez mękę, w miesiąc Italia zmartwychwstała, zwarła szyki i w Chorzowie była już bezdyskusyjnie lepsza.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej