Rafał Stec: W niedzielę wygrał pan mundial, minął tydzień i rozmawiamy na towarzyskim turnieju w Wieluniu, do którego przyjechał pan ze swoim klubem, niemieckim Friedrichshafen. Nie czuje się pan wyczerpany?

Vital Heynen: Oczywiście, że się czuję. Powiedziałem to nawet po wczorajszym meczu z Jastrzębskim Węglem siatkarzom: "Słuchajcie, wasz trener jest naprawdę zmęczony, opiekujcie się nim". Trzy tygodnie mundialu wyssały ze mnie mnóstwo energii, minionej nocy po raz pierwszy od tygodni normalnie przespałem siedem godzin. Normalnie - to znaczy ani razu nie obudziłem się w środku nocy przekonany, że trzeba rozwiązać jakąś ważną sprawę. Bo nawet gdy mistrzostwa się kończą, mózg i ciało pozostają w trybie wysokiej aktywności. Niełatwo się jej pozbyć.

To kiedy pojedzie pan na wakacje?

– Nigdy. Nie miałem ich co najmniej od 2012 r. Odkąd łączę pracę z reprezentacją [wcześniej Niemcami i Belgią] z pracą w klubie. Dobrze mi z tym. Żyję siatkówką. Wiem, że dzielenie uwagi między dwie drużyny wywołuje kontrowersje, ale kiedy prowadzisz tylko kadrę, to przez pięć miesięcy nie masz co robić, więc i tak uczysz się, analizujesz graczy etc. Ja pracuję 360 dni w roku, więc podnoszę umiejętności szybciej niż trener, który pracuje 260 dni w roku. Dlatego zawsze wygrywam. Ze słynnego badania w USA wynikało, że dzieci z bogatych domów zbierają lepsze oceny niż dzieci z biednych. Z prostego powodu: rodziców tych pierwszych było stać na dodatkowe letnie kursy, one po prostu uczyły się więcej. Ci, których szkoła trwała dwa miesiące dłużej, wygrywali. To jest również opowieść o mnie.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej