„Mieli wystąpić przeciwko rasizmowi i dyskryminacji, a postąpili dokładnie odwrotnie”, „Dostaliśmy cios nożem w plecy” - to zdania z prorządowych tureckich gazet po niedawnych wyborach gospodarza piłkarskiego Euro 2024. Turcja dostała tylko cztery głosy od działaczy UEFA, triumfujące Niemcy - 12.

To czwarte podejście Erdogana do organizacji mistrzostw Europy. Najbliżej sukcesu był dekadę temu, gdy UEFA wybierała organizatora turnieju w 2016 r. Wówczas prezes Michel Platini uparł się, by sprezentować imprezę ojczyźnie. I Francja wygrała jednym głosem. Nawiasem mówiąc, Erdogan wtedy się obraził, nie chciał się starać o Euro 2020. A że innych chętnych nie było, najbliższe ME zostało rozrzucone po całym kontynencie - mecze odbędą się od Baku po Dublin.

Piłkarskie porażki muszą Erdogana boleć, bo to były półamatorski piłkarz, który od przejęcia władzy w 2002 r. w całym kraju postawił 27 stadionów. Ten Kasimpasy został nawet nazwany na jego cześć, w meczu otwarcia obiektu Istanbul Basaksehir prezydent strzelił hat tricka. Erdogan wybudował też centrum treningowe reprezentacji i ponad 300 boisk dla amatorów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej