Upragniona przyszłość miała imię, nazwisko i kształty Wilfredo Leóna. Naturalizowanego kubańskiego gracza – jednego z wielu uciekinierów z wyspy, tamtejszy reżim nie pozwala im podpisywać zagranicznych kontraktów – który uchodzi za najlepszego na świecie. Tacy jak on potrafią zwiększyć siłę ognia niewybitnego zespołu o kilkadziesiąt procent, wynosząc go na pułap medalowy. Do reprezentacji Polski dołączy za rok. Wypatrywaliśmy go jak zbawienia, miał wykatapultować drużynę na podium igrzysk Tokio 2020.

Okoliczności właśnie się diametralnie zmieniły. León nie przyjdzie pomagać słabszym, czyli wydźwignąć przeciętniaków z przeciętności, lecz wejdzie między równych sobie – mistrzów świata, w tym kilku mistrzów świata podwójnych. Zadanie wyciągnięcia Polaków na szczyt zastąpiła misja utrzymania ich na szczycie. Potwornie trudna, co znamy z przeszłości. Ilekroć nasi wzlatywali na niebotyczny poziom – myślę o srebrze MŚ 2006, złocie ME 2009, złocie MŚ 2014 połączonym z brązem PŚ w 2015 – to potem nagle upadali bardzo boleśnie, na pułap poniżej przyzwoitości. Dlatego nadal tęsknimy za medalem olimpijskim. Krążkiem najcenniejszym, jedynym niezdobytym w XXI wieku. Brakujący rozdział w epopei o powrocie Polaków do globalnej czołówki, którą pisać zaczął Raúl Lozano, pierwszy z serii sześciu zagranicznych selekcjonerów wynajętych do kierowania reprezentacją. Rozdział o zasadniczym znaczeniu, oddzielający dzieło od arcydzieła.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej