Podczas rozstrzygających meczów – sobotniego 3:2 z USA, niedzielnego 3:0 – wrzało już nawet w kwadracie dla rezerwowych. Polacy powrzaskiwali, wiwatowali, klaskali, po zdobytych punktach wyrywali w kierunku boiska. Cała drużyna pulsowała w jednym rytmie, a my nie mogliśmy uwierzyć, że patrzymy na tych samych ludzi, którzy jeszcze tydzień temu stali w trakcie gry osowiali, w biernym milczeniu przyglądając się, jak naszą drużynę tłuką Argentyńczycy i Francuzi.

Teraz oni stłukli Brazylię. Dosłownie. Już w pierwszym secie rywale ledwie dyszeli – gdy Kubiak idealnie odebrał serwis, w idealnym momencie wyskoczył, idealnie zaatakował na 16:13, zrezygnowany środkowy Lucas zrezygnowany uwiesił się na siatce. Chyba dostrzegł, że Polacy latają jak na haju i tego wieczoru skrzydła im nie opadną. Nawet młody Artur Szalpuk odpędzał kolegów, by się rozsunęli i zostawili mu więcej miejsca na przyjęcie serwisu. Czuł się swobodnie jak na plażowej gierce z kumplami. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej Brazylijczyków nie było. W trzeciej partii chyba widzieli już gwiazdy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej