Polacy mistrzami świata [KORESPONDENCJA Z TURYNU]

Współczesny siatkarz naszej reprezentacji narodowej popisuje się pewną sztuczką, niedostępną dla gwiazd z innych krajów. Polak mianowicie pojawia się i znika. Ściślej: znika i znienacka znów się pojawia.

Przyjrzyjmy się choćby sylwetce Michała Kubiaka, któremu na boisku wystarczy być – nie musi nawet grać jak natchniony – by kolegów z drużyny ośmielić, natchnąć wiarą w siebie, uczynić znakomitszymi graczami. On w minionym sezonie klubowym nie istniał, ponieważ zbiegł do Panasonic Panthers, drużyny z Osaki. Wycelował w ligę japońską, przez klasowych zawodników wybieraną wyłącznie dla pieniędzy, w której wyżsi od tubylców europejscy gwiazdorzy zabawiają się, podobnie jak w rozgrywkach koreańskich, w tłuczenie nawet kilkudziesięciu punktów w meczu. Dla porządnych siatkarzy to wyprawa przypominająca podróże porządnych piłkarzy na stadiony chińskie, gdzie również płacą tłusto, na poziomie skrajnie nieproporcjonalnym do sportowego poziomu rozgrywek, więc każdy, kto się połasi, niejako wypisuje się z prawdziwego futbolu. Przedkłada mieć nad być.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej