To było szybkie pchnięcie. Polacy naskoczyli na Włochów, jakby nie chcieli wygrać, tylko zdemolować halę. Gdy jednak Michał Kubiak już po kwadransie gry w pojedynkę zablokował Ivana Zaytseva, w oczach supergwiazdora i głównego kanoniera rywali ujrzeliśmy klęskę. Pierwszy set do 14, kolejne stały się nieważne. Awans wzięty.

Zszedłem wtedy z trybuny prasowej, by podsłuchać gospodarzy. Najczęściej rozbrzmiewał przymiotnik „imbarazzante”, czyli „krępujący”, „zawstydzający”. Jak bowiem Polacy więcej, niż wygrali półfinał, tak Włosi więcej, niż przegrali. Kiedy w kolejnej partii zasypali naszą drużynę skutecznymi atakami, obijali już rezerwy. Liderów trener Vital Heynen odesłał do rezerwy, by tam spokojnie magazynowali energię na sobotni półfinał z USA.

Trochę nerwów przed meczem było. Było też nietypowo. Rzadko się wszak zdarza, że wystarcza wygrać tak niewiele, by wygrać aż tak wiele. Właściwie nigdy się nie zdarza. Polacy wtruchtali na boisko świadomi, iż mogą sobie pozwolić na 0:3, o ile nie dopuszczą Włochów do osiągnięcia przewagi pokaźniejszej niż 14 małych punktów. Absolutne minimum przyzwoitości, mniejsze istnieje tylko teoretycznie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej