Wszyscy wiedzieli, że Italia „wylosuje” Polskę, niektórzy zawodnicy przepowiadali to zaraz po niedzielnym triumfie nad Serbią. Było jak podczas turnieju olimpijskiego w Pekinie w 2008 r., gdy ówczesny selekcjoner reprezentacji Raul Lozano chciał się zakładać, że identyczna para spotka się w ćwierćfinale – i miał rację. I było jak na mundialu w 2010 r., gdy Włosi jako gospodarze też bezwstydnie gmerali w regulaminie, aż doprowadzili do buntu i ostentacyjnego poddawania meczów przez rywali, którym „opłacało się” przegrać dla wygodniejszej drogi po złoto. Siatkarskie imprezy to niezmiennie chaos, absurd i farsa.

Teraz losowanie trzyzespołowych grup, których liderzy i wiceliderzy zagrają w weekend o medale, transmitowano nawet w internecie. Odbyło się w ciasnej salce, filmowano je niechlujnie jedną kamerą, miało dziwaczny przebieg. W pewnym momencie obserwujący zajście reporter zapytał, czy może wyręczyć działaczy i wyciągnąć kulki. Oficjel z FIVB nie zezwolił. I zgodnie z oczekiwaniami Włosi zagrają z Polską oraz Serbią, natomiast w drugiej grupie skojarzono niepokonane dotychczas USA, Brazylię, mistrza olimpijskiego, oraz Rosję, mistrza Europy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej