Podejrzeń, rywale nie stawiali przesadnego oporu, nie unikniemy. Serbowie już wcześniej awansowali do kolejnej rundy, a ponadto wiedzieli, że porażka wyeliminuje arcymocną Francję, wciągając między wielkich przeciętną Polskę. Nasi siatkarze przeciwnie – grali o życie. I wychłostali (sety do 17, 16, 14) drużynę, która wcześniej na tych MŚ pobiła i wspomnianych Trójkolorowych, i główną faworytkę do złota Rosję, Amerykanom ulegając dopiero w tie-breaku. A teraz uciułała małych punktów na poziomie Tunezyjczyków czy Portorykańczyków.

Czytaj też: Siatkarski mundial jako igrzyska absurdu

Otrzymaliśmy klasykę gatunku: w niemal wszystkich sportach zdarzają się mecze, w których jedna ze stron nie musi umierać za zwycięstwo, ale w siatkówce zdarzają się notorycznie. Z powodu kuriozalnych albo wręcz nonsensownych regulaminów.

Tak było również w niedzielny wieczór. Polacy podkreślali po meczu, że zatriumfowali przede wszystkim dzięki swojej znakomitej grze – i rzeczywiście, widzieliśmy ich serwujących agresywnie, potężnie zbijających, wściekle szturmujących każdy punkt. Podnieśli się po beznadziei z piątku i soboty w imponującym stylu. Jak jednak wiarygodnie zmierzyć wartość sukcesu, gdy wiadomo, że my włożyliśmy w walkę 110 procent, a rywale nie wydusili z siebie 90? Nawet rozgrywający Fabian Drzyzga – choć komplementował własną drużynę – przytomnie zauważył, że Serbom zależało trochę mniej niż zazwyczaj. Nie wykłócali się o sporne sytuacje (a umieją to robić!), trener Nikola Grbić nie próbował ratować meczu w przerwach na żądanie, z każdą akcją na boisko przybywało rezerwowych. Bałkański ogień nawet się nie zatlił. Osobliwość rozgrywki dostrzegaliśmy gołym okiem.

To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.