Niespodziewana przegrana z Argentyną spowodowała, że zamiast formalności, jaką powinien być ostatni mecz w grupie H, polskich siatkarzy czekał horror, którego stawką był awans do decydującej części mistrzostw świata. Wyniki w innych grupach ułożyły się tak, że jedno zwycięstwo w drugiej fazie dawało Polsce kwalifikację. Pierwszą szansą był sobotni mecz z Francją, która po piątkowej porażce z Serbią była już poza turniejem, ale dostała od Polaków drugie życie. I wykorzystała to, zwyciężając 3:1. Przyszło jej to zaskakująco łatwo, bo trener Vital Heynen wystawił rezerwy, chcąc – jak tłumaczył – zwiększyć szanse w rywalizacji z Serbią, która miała już zapewniony udział w kolejnej rundzie.

Stawka była ogromna, co widać było po naszym selekcjonerze. Po raz pierwszy w Warnie przed spotkaniem nie uczył miejscowych dzieci odbijać piłki, tylko stał zamyślony lub wolno się przechadzał. Także w czasie meczu zachowywał się wyjątkowo spokojnie, nie chcąc zdenerwować przeciwników, jak to zrobił, awanturując się z Argentyńczykami. Kiedy w trzeciej partii pobiegł do sędziego, jego współpracownicy błyskawicznie go odciągnęli. Heynen zdawał sobie sprawę, że oprócz awansu grał o swoją przyszłość, gdyż jego pozycja słabła z dnia na dzień, a po oddaniu meczu Francuzom wisiała na włosku. Serbia to obecnie lepsza drużyna od naszej, a dotąd przegrała w turnieju tylko raz – z niepokonanymi Stanami Zjednoczonymi. Teraz grała jednak o nic, bo wynik nie miał żadnego znaczenia. Od kolejnej rundy wszystko zaczyna się od nowa.

To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.