Takiego trenera reprezentacji, jakim jest Vital Heynen, Polska jeszcze nie miała. Żaden z jego poprzedników nie rozegrał dotąd kilkunastu spotkań, w żadnym nie powtarzając tej samej szóstki. Nawet w turnieju finałowym Ligi Narodów po porażce z Rosją w kolejnym meczu, który mógł nam dać półfinał, zostawił w rezerwie Bartosza Kurka, najlepszego zawodnika, jakby nie zależało mu zupełnie na dobrym wyniku. Ale głównym celem reprezentacji były mistrzostwa świata, w których przecież Polska broniła tytułu.

– Jeśli mu się uda osiągnąć dobry wynik, wszystkie podręczniki do siatkówki będzie można spalić – mówili fachowcy. Po pierwszej fazie mundialu wydawało się, że można już rozpalać ognisko, ponieważ Polacy grali dobrze i skutecznie. Ze słabeuszami poradzili sobie bezproblemowo, a Iranowi i Bułgarii, sprawiającym nam zwykle dużo kłopotów, nie dali szans. Optymizm rósł i w drużynie i wokół niej. Już nie było słychać o szóstce, lecz o medalu. Przyszedł jednak mecz z Argentyną i balon oczekiwań pękł z hukiem. Najsłabszy zespół w naszej grupie wygrał i postawił Polaków w bardzo trudnej sytuacji. Porażka naszej drużyny przywróciła nadzieję Francji, która po przegraniu z Serbią zaczynała się już pakować. Okazało się, że sobotni mecz z naszą reprezentacją może otworzyć drogę do Turynu, gdzie rozegrana zostanie decydująca faza turnieju.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej