Znacie tę piosenkę z innych dziedzin życia – reguły gry nie utrwalają nierówności, lecz je drastycznie zwiększają; ciągle słychać, że wszyscy mają równe szanse, choć niektórzy szans nie mają właściwie żadnych; im bardziej nieszczęśnicy nie mają szans, tym bardziej im się wciska do łepetyn, że każdy zależy wyłącznie od siebie, że widocznie za słabo się starają. I choć to przesłanie właśnie przestaje być jedynie słusznym i ludzie się buntują, to nie w europejskiej piłce nożnej. Tutaj trend gwałtownie przyspieszył.

Zanim ustalimy, jak skandaliczna dzieje się niesprawiedliwość, przypomnijmy, że gdyby Celtic Glasgow, Rosenborg albo Crvena Zvezda Belgrad chciały się wprosić do startującej we wtorek Champions League 2018/19, musiałyby się przedrzeć przez 8 meczów eliminacyjnych. Powiodło się tylko Serbom i nic dziwnego, misja to potwornie wymagająca – zaczynasz 10 lipca, gdy piłkarze biegają po rynku transferowym, a od tego sezonu o ledwie cztery bilety wstępu do elity biją się mistrzowie aż 35 państw sklasyfikowanych poniżej miejsca 19. w rankingu UEFA. (O podobnym losie Legii nie wspominam tylko dlatego, że w warszawskim klubie taka rozpierducha, że nie wypada się solidaryzować, ale po prawdzie to mam na to ochotę).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej