- Widzisz, dzisiaj jest już dużo ostrożniejszy - powiedział do swojego zawodnika po pierwszej rundzie Eddy Reynoso, trener Saula Álvareza (50-1-1, 34 KO). Meksykanin - inaczej niż w pierwszej walce - od pierwszego gongu zaczął boksować agresywnie. Rok temu walczył defensywnie, często opierał się o liny i czekał na kontry. W sobotę ruszył na 36-letniego Giennadija Gołowkina (38-1-1, 34 KO) w prawdziwie meksykańskim stylu. Choć wyłapywał bardzo dużo lewych prostych Kazacha, cały czas wywierał presję na rywalu. Trafiał rzadziej, ale mocniejszymi ciosami.

Amerykański pisarz James Ellroy, zapytany o swoje hobby, wymienił m.in. oglądanie walk bokserskich wtedy, gdy walczy jakiś Meksykanin. Jeżeli wczoraj oglądał Álvareza, to na pewno mu się podobało. W pierwszej połowie pojedynku „Canelo” był szybszy, bił mocniej i wcale nie wyglądał na zmęczonego, gdy siedział w narożniku w przerwach między rundami. Skoncentrowany, spokojnie czekał na kolejne starcia. Chciał skończyć walkę przed czasem, może aby przekonać wszystkich, że jego wpadka dopingowa z klenbuterolem to rzeczywiście skutek spożycia zatrutego tą substancją mięsa, a nie celowe szprycowanie się.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej