Nie, to staje się nie do zniesienia. Coś ty robił wczoraj we Wrocławiu, polski piłkarzu, który miałeś rehabilitować się w oczach kibica za rosyjski mundial? Przecież to takie proste: zagraj i wyjdź na pozycję, licząc, że partner z drużyny natychmiast odegra ci piłkę. Tymczasem we wtorek na jedyną taką akcję reprezentacji Polski trzeba było czekać 88 minut. Mateusz Klich i Arkadiusz Milik pokazali, że można, wcześniej trwał jednak koncert kociej muzyki: czyli snucia się po murawie bez ładu, składu, pomysłu i chęci.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek powiedział przed kamerami TVP, że kilku piłkarzy „przeszło obok meczu”. Sam, gdy ponad 40 lat temu miał zadebiutować w reprezentacji, przez dwa dni przed lustrem ćwiczył śpiewanie hymnu. Potem trafił do klubu wybitnego reprezentanta, w Hiszpanii zdobył medal mistrzostw świata i dziś serce musi mu krwawić, gdy patrzy na etos swoich następców.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej