Drugoligowiec Callum O’Dowda (angielskie Bristol, szóste miejsce w tabeli) drybluje i dośrodkowuje, drugoligowiec Alden O’Brien (Milwall, 16. miejsce w tabeli) wyskakuje i strzela. Tak padł gol dający prowadzenie Irlandii. Ładny, ale autorstwa piłkarzy drugorzędnych. Adekwatna kulminacja widowiska, w którym nie było ani jakości, ani – to się zmieniło w ostatnich sekundach – emocji.

Najpierw z każdą akcją nabieraliśmy pewności, że sparingi wkrótce całkiem wyginą. Owszem, utworzoną właśnie Ligę Narodów też nie wszyscy traktują poważnie, ale tam jednak czuć jakąś stawkę, tam istnieje motywacja i pozytywna (można wygrać rozgrywki i niezłe pieniądze, można awansować do wyższej dywizji), i negatywna (można zlecieć do niższej), trenerzy wybierają składy bliższe podstawowym. Mecze towarzyskie nie zmuszają do niczego.

Dlatego na boisku też czasami nie widać zupełnie niczego. Gdybyśmy z wrocławskiej kopaniny chcieli wyłowić powtarzalny schemat polskiego ataku, moglibyśmy wskazać jedynie ultraofensywny wyrzut z autu, wcześniej niestosowany – Arkadiusz Reca słał piłkę głęboko w pole karne, ta miała odbić się od głowy Kamila Glika, następnie uderzał Arkadiusz Milik. I nawet niewiele brakowało, żeby gospodarze objęli w ten sposób prowadzenie. Bo metoda niekiedy działa. Przed kilkoma laty spopularyzowała ją złożona z dryblasów angielska drużyna ze Stoke, która urosła do międzynarodowo rozpoznawalnego futbolu prymitywnego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej