W finale US Open Serb zaskakująco łatwo pokonał Juana Martina del Potro 6:3, 7:6 (7-4), 6:3. Przyczyniły się do tego okoliczności. Turniej w Nowym Jorku zaczął się od blisko 40-stopniowych upałów, a skończył chłodem i deszczem. Nad stadionem im. Arthura Ashe’a zamknięto dach. W halowych warunkach piłki stawały się cięższe, latały wolniej i odbijały się wyżej. To pomogło Djokoviciowi, ale nie wypaczyło meczu. Serb znów wygląda na tenisistę, który jest w stanie zabiegać każdego.

Gdy ogląda się go w finale, trudno uwierzyć w to, w jak dużych tarapatach był przez ostatnie dwa lata. Po triumfie w Rolandzie Garrosie w 2016 r. pogubił się na korcie i poza nim. Pod pretekstem szukania równowagi zatrudnił hiszpańskiego instruktora tenisa i guru ruchu Miłość i pokój Pepe Imaza. Hiszpan nie potrafił się dogadać z trenerami Djokovicia Borisem Beckerem i Mariánem Vajdą, obaj wkrótce opuścili Serba. W 2017 r. Djoković wygrał tylko dwa mniejsze turnieje i zakończył sezon po Wimbledonie z powodu kontuzji łokcia. Półroczna przerwa nie pomogła, więc w lutym przeszedł operację. – Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że wygram Wimbledon, US Open i Cincinnati, to ciężko by mi było uwierzyć. Z drugiej strony oczekiwałem, że szybko wrócę na wysoki poziom – mówił Serb.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej