Przeczuwaliśmy, co się stanie, ponieważ wśród fundamentalnych reguł rządzących współczesnym futbolem znajdziemy zarówno tę, która głosi, że wybitnego gracza pragnącego uciec należy wypuścić na wolność, jak i tę, która zobowiązuje wielkie kluby do stałego wydawania pieniędzy na transfery. Inaczej szatnię zatrujesz. Nawet jeśli buntownik nie pozaraża kolegów poczuciem krzywdy i ogólnym zniechęceniem, to bez wstrzyknięcia świeżej krwi grozi im stagnacja, znużenie wywołane oglądaniem ciągle tych samych twarzy, czasami deprymujący strach przed potężniejącą konkurencją – Robert Lewandowski publicznie pouczył przed rokiem swoich monachijskich szefów, że jeśli nie zaczną intensywnie inwestować w transfery, na własne życzenie wylecą z europejskiej czołówki.

Bayern złamał obie zasady. Polaka, który wypisuje się z klubu sezon w sezon – i otwarcie o tym mówi – trzyma twardo pod butem, a na zakupy nie przeznaczył ani centa, poprzestając na podpisaniu kontraktu z Leonem Goretzką (wygasła mu umowa z Schalke, więc nie kosztował nic) oraz odzyskaniu wypożyczonych Serge’a Gnabry’ego i Renato Sanchesa. Ba, monachijczycy wręcz pochudli, wyprzedając ludzi za blisko 90 mln euro.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej