Niedziela 12 sierpnia, Berlin. Włodarczyk po raz czwarty z rzędu została mistrzynią Europy w rzucie młotem. Nie zbliżyła się do własnego rekordu świata (82,98 m z 2016 r.), ale wynik 78,94 m i tak był najlepszy w historii ME. A rywalki jak zwykle zdeklasowała – srebrną medalistkę Francuzkę Alexandrę Tavernier wyprzedziła o ponad cztery metry.

Złoto zadedykowała zmarłej półtora miesiąca wcześniej Irenie Szewińskiej. Choć uprawiały skrajnie różne konkurencje – sprint i rzut młotem – w plebiscycie na polską lekkoatletkę wszech czasów nie miałyby konkurentek. Za dwa lata w Tokio Włodarczyk może zdobyć swoje trzecie złoto olimpijskie – tyle ma Szewińska. Kilkunastu moich rozmówców jest zgodnych – Włodarczyk to wielka sportsmenka i tytan pracy. Na siłowni i rzutni wzór.

Poniedziałek 13 sierpnia, Warszawa. Polscy medaliści spotykają się na konferencji prasowej na warszawskim lotnisku Okęcie. Nie wszyscy przylecieli tu prosto z Berlina. Niektórzy do kraju wrócili wcześniej, ale i tak pojawili się na spotkaniu z dziennikarzami. Marcin Lewandowski dotarł na 9.30 rano ze Szczecina, Konrad Bukowiecki z Mazur. Zabrakło tylko Włodarczyk. Prosto z Berlina pojechała do Rawicza, ze swoją rodziną i fanklubem, autokarem pomalowanym na złoto, z wielką podobizną młociarki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej