Włosi oszołomieni decyzją Cristiano Ronaldo, by rzucić madrycki Real dla Juventusu, przyrównują ją do przybycia Diego Maradony, który rozstał się kiedyś z Barceloną dla Napoli. Skojarzenie o tyle wątpliwie, że w natchnionym piłkarsko Argentyńczyku poznali nałogowego balangowicza z kolczykiem w uchu, który po narkotycznych orgiach spóźniał się na treningi albo wcale nie przychodził, samowolnie przedłużał sobie wakacje i generalnie słabo nadawał się na wzór, natomiast Portugalczyk uosabia patologiczną wprost etykę pracy, je i pije ze świadomością każdego kęsa, i łyka, zamienił życie w wykonywanie zadań mających wycisnąć z organizmu trochę więcej niż maksimum. Co więcej, o współudział w sfinansowaniu transferu Maradony podejrzewano mafię, natomiast Ronaldo kupili właściciele firmy funkcjonującej przejrzyście, notowanej nawet na giełdzie.

Przede wszystkim jednak Napoli w roku 1984 było klubem przeciętnym, sklasyfikowanym we włoskiej Serie A na 12. pozycji, więc pozyskany megagwiazdor, gdy wkrótce wyniósł je na pułap mistrzostwa w kraju – jedynego w historii dla biednego i rozbałaganionego Południa – dokonał wyczynu heroicznego. Tymczasem wzorowo zorganizowany Juventus rozgrywki podzielone niegdyś przez kilka potęg przebudował na swój prywatny lunapark, do którego wpuszcza innych tylko po to, by podawali mu najfajniejsze zabawki. Trzyma resztę ligi pod butem od siedmiu lat, dłużej niż kiedykolwiek panował w Niemczech bezkonkurencyjny tam Bayern. Z Ronaldo można najwyżej władzę absolutną utrzymać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej