On sam chyba nie jest w stanie policzyć. Ból i sport wyczynowy zawsze idą w parze. Choć każdy z nas ma inny próg bólu, to – w większości dyscyplin – sportowiec, który potrafi znieść więcej, wygrywa. Od strony fizjologicznej to dość prosta zależność. Uczucie bólu powstaje w wyniku podrażnienia receptorów bólowych. Impuls przesyłany jest przez nerwy do rdzenia kręgowego i dalej do kory mózgowej. W korze powstaje wrażenie bólu.

Mentalnie to już takie proste nie jest.

Od początku bólu bałam się najbardziej. Na starcie rzadko myślałam o rywalkach. Najczęściej zastanawiałam się, jak kolejny raz przecierpieć bieg. Bieg boli. Gdy walczyłam na 100 proc., moje mięśnie gdzieś już po kilometrze wysiłku stopniowo zaczynały się bronić. Efektem ubocznym maksymalnego wysiłku jest powstający w komórkach mięśniowych kwas mlekowy. Zakwaszony mięsień boli okrutnie. Cierpnie, staje się bezwładny. Tak się działo z całym ciałem. Trener Aleksander Wierietielny zawsze mi powtarzał, żebym pamiętała, że jak mnie paraliżuje i boli, to moje rywalki również. Są przecież zbudowane z podobnych mięśni. I tylko od mojej głowy zależy, czy będę szybsza, czy zwolnię. Nie każdą wojnę z bólem udało mi się wygrać na trasie. To niemożliwe. Ale w sumie chyba potrafiłam lepiej niż inni zaciskać zęby.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej