Listę zaniechań – na szczycie widnieje legendarny „brak systemu szkolenia” – znamy oczywiście na pamięć, recytujemy je mecz w mecz. Kłopot w tym, że akurat notorycznych i coraz bardziej zawstydzających klęsk w europejskich pucharach one nie wyjaśniają. Żadne rytualnie powtarzane przyczyny zapaści polskiego futbolu nie mają sensu, gdy piłkarze zatrudnieni w Warszawie (przede wszystkim), Poznaniu czy Białymstoku (w mniejszym stopniu) obrywają od dysponujących ułamkiem legijnego budżetu klubików ze Słowacji, Luksemburga albo innej Mołdawii.

Zanim wyjaśnimy sobie, dlaczego nie mają sensu, zbierzmy fakty.

Piłkarze polskich klubów, które przecież stale się bogacą – tu szczególnie uniżone gratulacje dla Legii – i grają na coraz ładniejszych stadionach, rozsmakowali się w wynajdywaniu maleńkich, egzotycznych drużynek, z którymi można przegrać. Kopią naprawdę głęboko, coraz głębiej, fedrują z pasją, jakiej najstarsi kibice nie pamiętają. W minionej dekadzie nasi nie wytrzymywali m.in. naporu macedońskiej Shkëndiji Tetowo, islandzkiego Ungmennafélagið Stjarnan, mołdawskiego Sheriffa Tyraspol, litewskiego Żalgirisu Wilno, kazachskiego Irtyszu Pawłodar czy estońskiej Levadii Tallin. A latem 2018 roku do mapy znalezisk dopisaliśmy jeszcze – na blogu obwołałem ten okres epoką wielkich odkryć geograficznych – słowackiego Spartaka Trnava oraz luksemburskie Dudelange, których ofiarą padła w ostatnich tygodniach warszawska Legia.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej