Piotr Lewandowski: Gdy zjechałeś, powiedziałeś: „Super, że nie będę musiał już tu wracać”. Nie wrócisz?

Andrzej Bargiel: – Nie.

Zrobiłeś coś nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników?

– Kwestia wytrenowania oraz minimalnych predyspozycji.

Wszedłeś na szczyt bez pomocy tlenu, z nartami na grzbiecie, i...

–... zapiąłem narty, złapałem drona i pojechałem na dół. Nie mogłem tam usiąść i się cieszyć. Mój cel tak naprawdę dopiero się zaczynał. Wiem, że mnóstwo ludzi marzy o wejściu na K2. Ale moim marzeniem było z K2 zjechać. Myślałem o tym od trzech, czterech lat. Próbowałem już rok temu – wspinałem się, miałem szansę wejść na szczyt inną drogą, ale nie chciałem tego robić, bo pogoda nie była na tyle dobra, by móc później zjechać, było zbyt dużo śniegu.

Ile czasu spędziłeś na szczycie?

– Jakieś 15, maksymalnie 20 minut.

Ile trwał cały zjazd?

– Dosyć długo, około dwóch godzin. Też dlatego, że w IV obozie musiałem czekać na lepszą widoczność i pogodę. I na brata Bartka, który musiał wymieniać baterie w dronie. Strasznie mnie to wkurzało, kląłem pod nosem, ale co miałem zrobić? Wiedziałem, że drugiego razu nie będzie.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej