Tadeusz Kądziela: W finale postawił pan na długi finisz. Taki był plan?

Adam Kszczot: Tak. Czasem trzeba zaryzykować.

To było ryzyko? Na mecie miał pan prawie pół sekundy przewagi.

– To było duże ryzyko. Zacząłem się rozpędzać 220 m przed metą. Utrzymanie tempa na ostatniej prostej wiąże się z bardzo dużym wysiłkiem psychicznym. A ja starałem się jeszcze przyspieszyć.

Pana złoto w Europie można obstawiać w ciemno. To już trzecie z rzędu na 800 m.

– Tak to może wygląda z boku, że wychodzę na bieżnię, startuję i mam kolejne złoto. Ale to tak nie działa. Powtarzam się, ale na sukces składają się lata ciężkiej pracy i zbieranych doświadczeń.

Co pana motywuje do dalszej harówki?

– Kolejne wyzwania. Teraz zostałem mistrzem Europy trzeci raz z rzędu, co nikomu się przede mną nie udało [Niemiec Manfred Matuschewski zdobył dwa tytuły w latach 1962-66]. Przeszedłem do historii. W innych konkurencjach byli seryjni mistrzowie, a na 800 m nie, bo to sport, w którym bardzo łatwo o kontuzje. Kluczem do moich wygranych jest fakt, że przez tyle lat jestem zdrowy, unikam poważnych urazów. Przepis na długowieczność? Nie szaleję z treningiem, dobrze go planuję. To też zasługa trenera Zbigniewa Króla, fizjoterapeutów, lekarzy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej