Michał Szadkowski: Która emocja jest silniejsza: radość po zdobyciu Gaszerbruma II (8035 m), czy rozczarowanie, że nie udało się ani zdobyć nową drogą Gaszerbruma IV (7925 m), ani pierwszy raz w historii wejść na Gaszerbrum VII (6980 m)?

Adam Bielecki: Dominuje radość z tego, że razem z Jackiem Czechem cali i zdrowi wracamy do naszych rodzin, i że nie wracamy z pustymi rękami. Jest satysfakcja z przejścia zachodniej ściany Gaszerbruma II, ale jest też żal, że nie udało się wejść na Gaszerbrum VII. Bardzo tego chcieliśmy, cel był w naszym zasięgu. Ale im jestem starszy, tym lepiej radzę sobie z porażkami w górach.

Odbierasz to jako porażkę?

– Tak. Ale mam poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty na Gaszerbrumie II, podjęliśmy próbę wejścia na siódmy. Pewnych rzeczy przeskoczyć się nie da. Jeśli nie ma pogody, to jej nie ma. Bezpiecznie na szczyt wejść się nie dało.

Niedawno Maurizio Giordano zginął po oberwaniu się seraka na Gaszerbrumie IV. Także dlatego zmieniliście plany?

– To był jeden z elementów składowych decyzji. Śmierć Giordano niejako przypieczętowała los pomysłu zdobycia Gaszerbruma IV. Od początku warunki śniegowe były trudne, a zagrożenie lawinowe – duże. Lodospad, który trzeba pokonać, by dostać się do podstawy wschodniej ściany, był niestabilny. Śmierć Giordano utwierdziła nas w przekonaniu, że jest tam niebezpiecznie. Wtedy postanowiliśmy skupić się na Gaszerbrumie II. A on nas zaskoczył. Myśleliśmy, że będzie się o niego starać mnóstwo ludzi, wszędzie będą rozwieszone liny poręczowe, dzięki którym szybko ten szczyt zdobędziemy i zajmiemy się naprawdę fajnym celem, czyli Gaszerbrumem VII. Nic z tego, dwójka w tym sezonie okazała się zupełnie dzika, nie było tam nawet metra lin poręczowych. Czuliśmy się niemal jak ci, którzy zdobywali tę górę pierwszy raz. Kiedy już się udało, kończył się czas. Na czwórkę nie mieliśmy szczególnej ochoty, z siódemką spróbowaliśmy się zmierzyć, ale decyzja o odwrocie była nieunikniona. Gdy słyszę pytanie „dlaczego”, pół żartem pół serio odpowiadam, że nie mogliśmy znaleźliśmy ściany, którą planowaliśmy się wspinać. W obozie pierwszym widoczność wynosiła ok. 100 m. Kiedy na wysokości 6 tys. m zaczął padać deszcz, stwierdziliśmy, że czas kończyć wyprawę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej