Dariusz Wołowski: Start ekstraklasy przypadł pięć dni po zakończeniu mundialu w Rosji. Szybko musimy zejść na ziemię, czy jednak można uznać, że polskie kluby uprawiają tę samą dyscyplinę sportu?

Maciej Szczęsny: Tę samą może uprawiają, ale w inny sposób. Dla mnie pierwszym wspomnieniem rosyjskich mistrzostw będzie fakt, że prawie połowa goli padła po stałych fragmentach gry. To akcje zaplanowane, wymyślone, przećwiczone, do rozegrania których trzeba raczej rzetelnego podejścia do rzemiosła i pracowitości niż wirtuozerii lub geniuszu. I nawet pod tym względem nasi oblali egzamin. Nie jesteśmy w stanie choćby pod tym względem dorównać innym. Przypominam sobie jeszcze powszechny zawód w 2002 r., kiedy drużyna Jerzego Engela pogrzebała mundialowe nadzieje. Przegrała z Koreą Południową, a potem z Portugalią aż 0:4 i było po marzeniach. W Rosji byliśmy tak samo naiwni i przeżyliśmy powtórkę po 16 latach. Tyle, że drużyna Engela stoczyła nawet dość zacięty pojedynek z Portugalczykami i można było zakładać, że na 10 meczów z nimi ze dwa razy by zwyciężyła. Tymczasem zespół Adama Nawałki poległ z Kolumbią tak bezdyskusyjnie, tak beznadziejnie, nie pozostawiając cienia złudzeń, że z 10 meczów z nim rywal wygrałby tyle razy, ile by chciał. Oto, gdzie jest nasz futbol na mapie świata.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej