Seans skończony. Oglądałam mundial, oglądałam. By zdążyć na drugą połowę finału, wcześniej wybiegłyśmy na popołudniową imitację. Poświęcenie, bo po porannych nartach i przednarciarskim małym treningu regeneracja powinna trwać dłużej. Jeśli mundial zainteresował nawet takiego piłkarskiego laika, to znaczy, że musiało być ciekawie. Polska odsłona mundialu też mnie czegoś nauczyła.

Polscy kibice (uogólniając) nie umieją przegrywać. Sama przez wiele lat miałam z tym problem, więc ani się nie dziwię, ani nie oskarżam. Smutno było mi jednak po nieudanych meczach słuchać i czytać prywatne ataki na piłkarzy. Tak, zarabiają bajecznie. Tak, występowali w reklamach – takie są dzisiejsze realia sponsoringu sportowego i tego żadne marudzenia nie zatrzymają. Tak, nie wszyscy byli perfekcyjnie fizycznie przygotowani do najważniejszej imprezy czterolecia. Na moje wytrzymałościowe oko kilku zdecydowanie nie przyłożyło się do redukcji tkanki tłuszczowej, na przykład. Ale obrażanie, wyklinanie, mieszanie z błotem jest naprawdę poza granicami i dobrego smaku, i przyzwoitości. Można o wiele oskarżyć naszych piłkarzy, ale nie podejrzewam, by któremuś z nich się nie chciało. To głupota. Nielogiczne. Oni pracowali, by dostać szansę gry na mundialu. To była ich życiowa szansa. I to oni i pracę, i szansę zaprzepaścili. Nie wystawiliby się na pożarcie specjalnie. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Więc zanim zaczniecie wyklinać jakiegokolwiek sportowca, spróbujcie na kilka minut wejść w jego skórę. Jak on się czuję, gdy zawiódł siebie, trenera, kibiców. To duży ciężar, uwierzcie na słowo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej