Patronuje jej oczywiście ociekający deszczem i szampanem Didier Deschamps, od ulewnego niedzielnego popołudnia trzeci po Mário Zagallo i Franzu Beckenbauerze szczęściarz, który został mistrzem świata i jako piłkarz, i jako trener. Jak wywoływał kontrowersje jego złoty poprzednik z 1998 r. Aimé Jacquet – nie powołał na MŚ gwiazdorów Erica Cantony oraz Davida Ginoli – tak nie podobały się i jego decyzje. Bardzo się nie podobały. Im bardziej wyrachowany, powściągliwy i minimalizujący ryzyko styl gry uprawiała Francja, tym głośniej krzyczano, że trwoni bajeczny talent piłkarzy, którzy pod bardziej inspirującym dowództwem rozkochaliby świat na zabój.

Ale selekcjoner uporczywie trzymał się własnych idei, lepiąc drużynę na podobieństwo swoje (był kiedyś rzetelnym defensywnym pomocnikiem). I kształtował podwładnych, jak chciał: środkowemu napastnikowi Olivierowi Giroudowi (nie oddał celnego strzału!) kazał pracować na swobodę cofniętego Antoine’a Griezmanna; wprogramował w zorientowanego ofensywnie Paula Pogbę odruchy defensywne; również zrezygnował z kilku gwiazd. Wolność miał u niego Kylian Mbappé, równość oznaczała obowiązek trudu obronnego rozłożonego na wszystkich pozostałych graczy, braterstwo polegało na wzajemnym asekurowaniu się, każdy miał pomagać każdemu. Wizja z ducha francuska.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej