Patronuje jej oczywiście ociekający deszczem i szampanem Didier Deschamps, od ulewnego niedzielnego popołudnia trzeci po Mário Zagallo i Franzu Beckenbauerze szczęściarz, który został mistrzem świata i jako piłkarz, i jako trener. Jak wywoływał kontrowersje jego złoty poprzednik z 1998 r. Aimé Jacquet – nie powołał na MŚ gwiazdorów Erica Cantony oraz Davida Ginoli – tak nie podobały się i jego decyzje. Bardzo się nie podobały. Im bardziej wyrachowany, powściągliwy i minimalizujący ryzyko styl gry uprawiała Francja, tym głośniej krzyczano, że trwoni bajeczny talent piłkarzy, którzy pod bardziej inspirującym dowództwem rozkochaliby świat na zabój.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej