Sami wbili cztery bramki, stracili dwie, ostatnią po grubym błędzie bezbłędnego dotąd bramkarza Hugo Llorisa – być może zwyczajnie nadmiernie się już zrelaksował. Francuzi powtórzyli bowiem podróż po złoto z 1998 r. Do finału zbliżali się leniwie, by tam zabawić się na całego. Wtedy rozbili Brazylię 3:0.

Tym razem upłynął kwadrans, zanim w ogóle obejrzeliśmy francuski kontakt z piłką we wrogim polu karnym. Chorwaci nie pamiętali, że mają w nogach trzy dogrywki, przyciskali rywali.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej