Sami wbili cztery bramki, stracili dwie, ostatnią po grubym błędzie bezbłędnego dotąd bramkarza Hugo Llorisa – być może zwyczajnie nadmiernie się już zrelaksował. Francuzi powtórzyli bowiem podróż po złoto z 1998 r. Do finału zbliżali się leniwie, by tam zabawić się na całego. Wtedy rozbili Brazylię 3:0.

Tym razem upłynął kwadrans, zanim w ogóle obejrzeliśmy francuski kontakt z piłką we wrogim polu karnym. Chorwaci nie pamiętali, że mają w nogach trzy dogrywki, przyciskali rywali. Aż wreszcie trójkolorowi pod bramkę atakujących dotarli. Rzut wolny – może wcale go nie powinno być? – dośrodkowanie, Mario Mandżukić pechowo trąca piłkę głową, samobój. Pierwszy finałowy w dziejach. I dwunasty na turnieju, to absolutny mundialowy rekord. Epizod jak okładkowa ilustracja, definiujący całą imprezę.

Dla Chorwatów to jednak nie pierwszyzna. Oni przegrywali w każdym z meczów fazy pucharowej, oni nie poddają się nigdy. Ivan Perisić przysięgał, mógłby w poniedziałek zdjąć korki na zawsze, już nigdy nie kopnąć piłki, gdyby taka była cena wygranej dla Chorwacji. I to właśnie on – piłkarz idealnie obunożny, nigdy nie wiesz, gdzie skręci – kilka chwil później wyrównał. Po zwodzie, tym razem lewą stopą. Piękny gol.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej