Gdy przed 20 laty trójkolorowi napadli na Chorwację (w półfinale), w głównego kanoniera zabawił się obrońca Lilian Thuram. W żadnym z pozostałych 141 meczów w reprezentacji nie strzelił gola, a wtedy zdobył aż dwa. Urodzony na Gwadelupie paryżanin (tak o sobie mówił) zwracał uwagę wrażliwością na kwestie społeczne. Gdy francuskie przedmieścia z powodu zamieszek stanęły w ogniu i ówczesny minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy wymyślał awanturującym się młodym od „szumowin”, Thuram stanął w ich obronie. I ogłosił, że też czuje się szumowiną. Gdy 80 osób zostało siłą usuniętych z mieszkania, w którym bezprawnie przebywali, zaprosił wszystkich na mecz reprezentacji.

Podobnych gestów wykonał wiele, a po zakończeniu kariery zaangażował się jeszcze mocniej. Demonstrował w sprawie jednopłciowych małżeństw, założył fundację zwalczającą rasizm przez edukację („uprzedzenia to konstrukcja intelektualna, można się ich nauczyć i oduczyć”). Ciągnęli go do rządu na ministra do spraw różnorodności (skończyło się na doradzaniu). Teraz zabiega w FIFA i Unii Europejskiej, by na poważnie zajęły się różnymi formami dyskryminacji. Rekordzista pod względem liczby występów dla kraju jest erudytą i idealistą, który po rzuceniu futbolu pozostał postacią publiczną, lecz w bardziej wzniosłym sensie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej