Tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 20 lipca 2001 r.

Nie, Goran Ivanisević nie jest geniuszem. Jest raczej sportowcem szalonym, nieobliczalnym, po którym można spodziewać się wszystkiego najlepszego i najgorszego jednocześnie. Na własny temat plecie ponadto rozmaite głupstwa, tylko niektóre zabawne.

Jednakże mijają tygodnie od turnieju wimbledońskiego, a miłośnicy tenisa wciąż nie mogą uwierzyć, że mając trzydziestkę na karku, startując w turnieju tylko dzięki dzikiej karcie przyznanej przez gospodarzy, ten człowiek zwyciężył na świętej londyńskiej trawie. Nikt przedtem nie dokonał czegoś podobnego i pewnie przez długie dziesięciolecia nikomu to się nie uda, a zaprzyjaźniony Australijczyk zapytał mnie wręcz, czy zwycięstwo Ivanisevicia w Wimbledonie oznacza obniżenie się poziomu światowego tenisa. Odpowiedzieć, oczywiście, nie potrafię, ale zrozumienie tej sensacji będzie łatwiejsze, jeśli przypomnimy, skąd ów fenomen pochodzi.

Goran urodził się i wychował na Bałkanach, w części Europy od dziesięcioleci targanej przez konflikty, tragedie, wojny. Odłóżmy na chwilę podział na dobrych i złych, naszych i obcych, słusznych i niesłusznych. Przestańmy na moment zastanawiać się, kto ma rację, bo tam, gdzie ścielą się trupy, a całe miasta są równane z ziemią, żadna racja przekonywająca być nie może. Pomińmy więc, kto jest Serbem, Czarnogórcem czy Chorwatem, bo przecież jeszcze całkiem niedawno wszyscy oni byli w jednej wielkiej Jugosławii.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej