Tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 20 lipca 2001 r.

Nie, Goran Ivanisević nie jest geniuszem. Jest raczej sportowcem szalonym, nieobliczalnym, po którym można spodziewać się wszystkiego najlepszego i najgorszego jednocześnie. Na własny temat plecie ponadto rozmaite głupstwa, tylko niektóre zabawne.

Jednakże mijają tygodnie od turnieju wimbledońskiego, a miłośnicy tenisa wciąż nie mogą uwierzyć, że mając trzydziestkę na karku, startując w turnieju tylko dzięki dzikiej karcie przyznanej przez gospodarzy, ten człowiek zwyciężył na świętej londyńskiej trawie. Nikt przedtem nie dokonał czegoś podobnego i pewnie przez długie dziesięciolecia nikomu to się nie uda, a zaprzyjaźniony Australijczyk zapytał mnie wręcz, czy zwycięstwo Ivanisevicia w Wimbledonie oznacza obniżenie się poziomu światowego tenisa. Odpowiedzieć, oczywiście, nie potrafię, ale zrozumienie tej sensacji będzie łatwiejsze, jeśli przypomnimy, skąd ów fenomen pochodzi.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej