„Przy wyborze nowego selekcjonera prezes będzie się konsultował wyłącznie ze Zbigniewem Bońkiem” – powtarzali przez dwa tygodnie pracownicy PZPN, pytani o poszukiwania nowego szefa reprezentacji. Efektem tej wymiany myśli jest zatrudnienie Jerzego Brzęczka.

Tak samo było pięć lat temu, gdy prezes szukał następcy ponoszącego klęskę w eliminacjach mundialu w Brazylii Waldemara Fornalika. Wysłał przedstawicieli do Larsa Lagerbäcka, sprawdzał, jak opinia publiczna zareagowałaby na Dariusza Wdowczyka, ale od początku jego faworytem był Adam Nawałka.

Napisać, że był to wtedy wybór nieoczywisty, to nic nie napisać. Prawdopodobnie żaden inny prezes PZPN nie zaufałby Nawałce, bo niby na jakiej podstawie?

Doświadczenia w europejskich pucharach 56-letni wówczas trener nie miał prawie wcale, jedyne mistrzostwo zdobył, gdy kończył sezon w Wiśle Kraków po Oreście Lenczyku. Nie było wiadomo, czy poradzi sobie z presją, nie było wiadomo, czy szatnia reprezentacji go nie przygniecie, bo nigdy z piłkarzami tej klasy nie pracował.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej