Mario Mandžukic zbliżał się do piłki, już wyciągał nogę, był tuż-tuż. A mnie huczał po głowie księżycowy cytat ze stąpającego po innej planecie Neila Armstronga. Tak, dla piłkarza to był mały krok, ale dla całej Chorwacji krok ogromny.

Czy taki maleńki kraik, ledwie czteromilionowy, miał w ogóle prawo marzyć o grze o złoto?! Na mundialu, turnieju konserwatywnym i elitarnym, wpuszczającym do finału jedynie mocarstwa?!

Chorwaci marzyli nawet wtedy, gdy powinni wyzionąć ducha. Szukali granic. Ile dogrywek można wytrzymać? Ile można ich wytrzymać na tyle, by zwyciężyć? I najbardziej oddalona granica, najtrudniejsze pytanie: czy po rozegranych w 11 dni 360 minutach i dwóch wygranych seriach rzutów karnych piłkarz zdoła jeszcze zapanować nad drżącymi mięśniami, by wygrać trzecią?

Tej ostatniej odpowiedzi nie poznaliśmy, bo Chorwaci woleli nie sprawdzać. Mandžukic swoją bramkę wbił już w dogrywce. On i koledzy napierali jednak bez wytchnienia, odkąd w drugiej połowie, przy stanie 0:1, nadzieje ocalił Ivan Perišić. Podskoczył, przeszył powietrze i na pułap, którego inni sięgaliby głową, odważył się wyciągnąć nogę. Gol jak z ciosu karate.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej