Obaj zadbali – oczywiście nie sami, zapytajcie choćby nałogowego rozbijacza ataków N’Golo Kanté – żeby trójkolorowi nie stracili gola ani w ćwierćfinale, ani w półfinale. Pierwszy załadował głową gola Urugwajowi, drugi w identyczny sposób włożył piłkę do bramki Belgii. Pierwszy rządzi wraz z Realem Madryt w Europie, drugi panuje z Barceloną nad Hiszpanią.

A teraz wspólnie chcą zawładnąć całym światem. Wynieść na szczyt reprezentację Francji, która awansowała do finału po wtorkowym zwycięstwie 1:0, i w pewnym sensie podtrzymać tradycję, że niemal wszystko, co najważniejsze we współczesnym futbolu, ma związek z El Clásico. Real i Barcelona wygrywają Ligę Mistrzów od pięciu edycji, ich zawodników mieli w składach złoci i srebrni medaliści Euro 2016, oba kluby będą też reprezentowane w finale mundialu 2018.

Wyżej cenimy na razie Varane’a – i za przeszłość, i za teraźniejszość – m.in. dlatego że został wezwany do Madrytu już jako 18-latek, więc zdążył czterokrotnie triumfować w Champions League i służyć Realowi w ponad 200 meczach. Zanim poczuł się tam jak u siebie, pytano wprawdzie, czy nie jest nazbyt grzeczny, ale to były wciąż obecne w futbolu przesądy, wywołane choćby wykształceniem Francuza, który zgodził się na tamten transfer w przededniu egzaminu z filozofii. I który studiował ekonomię, więc uchodzi za erudytę, reporterzy „France Football” zachwycali się, że można z nim podyskutować o wyższości Keynesa nad Friedmanem lub odwrotnie. Aż mitygował pochlebców sam piłkarz, przypominając, iż życiowe sukcesy odnosi jednak w sporcie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej