Kiedy spotkały się na mistrzostwach po raz ostatni – w 1986 r., zagrały o brąz – wszystko było jeszcze klarowne i proste.

Belgowie dzielili się co najwyżej na Flamandów i Walonów, za najbardziej odmiennego uchodził świetny rozgrywający Enzo Scifo – choć bowiem urodził się w swojskim La Louvire, to z małżeństwa imigrantów z Sycylii (we włoskiej Wikipedii do teraz figuruje jako Vincenzo). Etniczną jednolitość Francji również naruszała jedynie domieszka różnorodności – w osobach pomocnika Jeana Tigany, który przyszedł na świat w Bamako, dzisiaj stolicy Mali, wówczas leżącego w podporządkowanym Paryżowi Sudanie Francuskim, oraz Luisa Fernándeza pochodzącego z hiszpańskiej Tarify. Drobiazgi, ledwie jeden niebiały na 44 piłkarzy.

***

Od tamtej pory proporcje może całkiem się nie odwróciły, ale w tym kierunku ewoluują. Ciemnoskórych – i nie tylko – piłkarzy rekrutują obie reprezentacje nawet w wyższym odsetku niż taki, który odzwierciedlałby multikulturową mozaikę całych społeczeństw. Masowo czerpią z postkolonialnych genów Belgowie, masowo czerpią też Francuzi, którzy już w 1998 r. złoto mundialu – swoje jedyne – zdobyli siłami imigrantów lub ich potomków z kilku kontynentów. Na czele z zakorzenionym w Algierii laureatem Złotej Piłki, fenomenalnym reżyserem gry Zinédine’em Yazidem Zidane’em.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej