Tęsknilibyśmy, gdyby odpadł. Bo Kylian Mbappé to piłkarz, który przydaje się w każdym meczu – dla wspólnej przyjemności wszystkich. Ilekroć napotykał Urugwajczyka, próbował dryblingu, niemal zawsze minął przynajmniej jednego rywala, wprawiał statyczny obraz gry w ruch. Wnosił na boisko życie, i to życie na wysokich obrotach.

Jego entuzjazm był niezbędny, żeby ćwierćfinał na najbardziej malowniczo położonym mundialowym stadionie – tam, gdzie Wołga spotyka się z Oką – rzeczywiście był opowieścią starą jak futbol, kanoniczną: po jednej stronie gang przebiegłych wykidajłów, naprzeciw nim szalony młodzieniec, marzący o zatraceniu się w ataku. Ale też Mbappé do ożywienia widowiska nie wystarczał. Jego zrywy były wyrwane z kontekstu, inni Francuzi woleli nie ryzykować. A Urugwajczycy, jeśli nie muszą, nie ryzykują nigdy.

Czytaj też: Polska piłka do Włoch lgnie. Czy Boniek znajdzie tam trenera reprezentacji?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej