Mówią, że urodził się w klubie piłkarskim. Że nigdy nie miał innego świata niż boisko.

Wtuptał na murawę jako kilkunastomiesięczny bobas, bo urodzony w Kamerunie ojciec Wilfried najpierw sam grał, a potem szkolił młodych na przedmieściach Paryża, przez ćwierć wieku pełniąc rozmaite funkcje w niskoligowym klubie AS Bondy, aż dochrapał się roli dyrektora sportowego. Piłkę jeszcze wówczas Mbappé tylko z wysiłkiem turlał, bo był niewiele większy od niej. Jako sześciolatek ganiał już za nią do upadłego, a dorośli kręcili głowami, że to nieziemski talent. Siadał i wysłuchiwał wszystkich przedmeczowych odpraw. Na boisko zamienił nawet swój pokój, a potem również pozostałe w mieszkaniu, wszystkie stoły i sofy służyły za bramki, ponieważ chłopiec nigdy nie rozstawał się z piłką.

Chyba że rodzice (pochodząca z Algierii mama Fayza grała zawodowo w szczypiorniaka) zmusili, to wtedy chwytał konsolę. I też grał w piłkę. Albo pasjami oglądał mecze, co zostało mu do teraz. Według ojca tłucze po cztery-pięć z rzędu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej