Najszczersze osłupienie podczas mundialu ujrzałem na twarzy pana Wiaczesława, przygodnego znajomego z pociągu, gdy wyjawiłem mu, że w Polsce nigdy nie widziałem dzieciaka ślizgającego się po lodzie z kijem hokejowym w rękach. – Jak to nigdy?! Przecież wy też macie zimę, może nie taką srogą, ale jednak – kręcił głową. Jechaliśmy z Szeremietiewa do Moskwy, przedstawił mi się jako fizyk jądrowy z dorobkiem, postanowiłem wreszcie ustalić, jaki sport zajmuje Rosjan najbardziej. Usłyszałem, że tutaj chłopcy uganiają się za krążkiem maniacko, to jest w wielu miejscach podstawowy odruch podwórkowy, hokeistów wielbi się więc zawsze, a piłkarzy przelotnie, gdy akurat zdarzy im się wygrać. Niestety, od dawna im się nie zdarza.

Obaj nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że nazajutrz gospodarze spłatają nielekkiego figla całemu światu i wyproszą z mundialu Hiszpanię, pod wieloma względami pierwsze dzisiaj futbolowe supermocarstwo. Że bramkarz Igor Akinfiejew, dotąd pośmiewisko i patałach obsobaczany jako winny klęski na MŚ 2014, obroni dwa rzuty karne – ostatni w niesamowitych okolicznościach, uniesioną nogą – i znienacka zostanie bohaterem narodowym.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej